Kathrine Switzer i jej bieg do historii

W 1967 roku przepisy Amatorskiego Związku Lekkiej Atletyki nie pozwalały kobietom na oficjalny udział w biegach długodystansowych w żadnych z organizowanych przez siebie zawodów. Kathrine Switzer (ur. 1947) wiedziała jednak, że bez względu na wszystko, stanie się pierwszą przedstawicielką swojej płci, która tego dokona.

Jej trener, Arnie Briggs, który brał udział w piętnastu Maratonach Bostońskich, miał zwyczaj nieustannie dzielić się z innymi historiami słynnych biegaczy, triumfujących w tych zawodach. Kathrine Switzer uwielbiała jego opowieści, jednak pewnej nocy stwierdziła, że ma dosyć bycia biernym słuchaczem. Postanowiła sama wystąpić w najstarszym biegu długodystansowym. Odpowiedź Arniego Briggsa brzmiała stanowczo i zdecydowanie: Żadna kobieta nie da rady wytrzymać Maratonu Bostońskiego, dystans jest za długi dla kruchych dziewczynek.

Switzer nie ustępowała. Trener zgodził się wystawić ją do zawodów, jeśli najpierw udowodni mu, że jest w stanie wytrzymać dystans 26 mil (około 42 km). To miała być próba, stanowiąca przepustkę do spełnienia marzeń kobiety. Arnie nie wierzył, że jej podoła. Okazało się, że w trakcie treningu Kathrine z łatwością pokonała swojego trenera, który zemdlał na 31. kilometrze.

 

Słowo się rzekło – Kathrine Switzer miała wystąpić. Przy rejestracji do biegu, podała swoje inicjały – K.V. Switzer. Nie była to próba prześliźnięcia się przez szowinistyczne przepisy, lecz chęć upodobnienia się do popularnych w czasach biegaczki pisarzy, którzy podpisywali się podobnie. J.D.Salinger czy E.E. Cummings byli wielkimi idolami Kathrine Switzer, na co dzień wykonującej zawód dziennikarki. Po latach tłumaczyła, że chciała tymi inicjałami do nich właśnie nawiązać.

 

W dniu wyścigu Kathrine próbowała pozostać niezauważona, ale już od samego początku słyszała za plecami szepty zdumienia innych biegaczy. Jeden z nich nalegał nawet, by zrobiła sobie z nim zdjęcie. Jako kobieta stanowiła w tym gronie niespotykane zjawisko.

 

Wystrzał pistoletu rozniósł się echem wśród tłumów. Switzer ruszyła, setki stóp zaczęły uderzać z całą siłą o ziemię, a ona rozpoczęła bieg wiedząc, że spełnia właśnie swoje największe pragnienie, o którym do tej pory mogła tylko marzyć.

 

Czuła walące serce, pierwsze strugi potu spływające w dół pleców i przepełniającą ją radość. Biegła, wiedząc, że robi coś ważnego. Ważnego dla siebie i dla sportu.

 

Po około czterech milach coś się jednak zmieniło. Podjechał do niej autobus z prasą, dziennikarze zaczęli kierować na biegaczkę obiektywy kamer. Zarówno ona, jak i inni uczestnicy maratonu, beztrosko machali i uśmiechali się, nie przestając ani na chwilę biec dalej. Kiedy Kathrine Switzer oderwała wzrok od reporterów i spojrzała przed siebie, ujrzała mężczyznę ubranego w płaszcz i filcowy kapelusz, który stał na środku drogi, wygrażając palcem. Wyciągnął po nią ręce, gdy go mijała i złapał kobietę za rękawiczkę, rozdzierając ją na dłoni biegaczki.

Chwilę później usłyszała krzyk: „Wynocha z mojego maratonu, oddawaj ten numer!”. Kiedy się obejrzała, zobaczyła wielkiego mężczyznę, którego twarz wykrzywiał gniew. Był tuż obok niej i próbował zerwać z kobiety numer startowy, który musiał mieć na sobie każdy biegacz.


 

Tym człowiekiem był nie kto inny jak Jock Semple – organizator Maratonu Bostońskiego. W ciągu kilku sekund został zatrzymany przez trenera Arniego, a następnie odciągnięty przez chłopaka Switzer, Toma Millera. Kamery nagrały wszystko, dokumentując rodzącą się przed ich obiektywami historię.

Bieg trwał nadal, a Kathrine nie poddała się. Nawet wtedy, gdy po jakimś czasie od nieprzyjemnego zdarzenia dogoniła ją ciężarówka z dziennikarzami, którzy zaczęli rzucać kobiecie oskarżające pytania. Nawet Tom – mężczyzna, który poradził sobie z Semple’m, naskoczył na swoją dziewczynę, obwiniając ją o to, co zaszło.

Mimo tych wszystkich przeszkód, Switzer zakończyła bieg, udowadniając, że dziewczyny nie są „zbyt kruche”, by wytrzymać taki dystans. Jej czas wyniósł 4 godziny 20 minut. Mimo to została zdyskwalifikowana i wydalona z Amatorskiego Związku Lekkiej Atletyki.

To wszystko nie miało jednak znaczenia. W ciągu następnych dni jej występ w maratonie był na ustach wszystkich. Pisała o nim cała prasa, a zdjęcie biegaczki, na którym próbuje wyrwać się Semple’owi, zrobiło prawdziwą furorę. Sportsmenka kontynuowała karierę, biorąc udział w 40. maratonach. W 1974 roku wygrała nawet prestiżowy Maraton Nowojorski.

Dla przedstawicielek płci pięknej uprawiających sport, jej bieg w Maratonie Bostońskim w 1967 roku był wielkim zwycięstwem. Stanowił swoisty przełom i pomógł rozpropagować ideę kobiecego sportu, którego Switzer stałą się jedną z prekursorek . Zapoczątkował też późniejsze przemiany społeczne.

Dziś Kathrine Switzer jest znaną prelegentką, zajmującą się tematyką przemian kulturowych i społecznych. Swój występ w Maratonie Bostońskim oraz numer, który próbowano z niej zedrzeć, wykorzystała do założenia 261 Fearless (261 Nieustraszone) – organizacji non-profit, stworzonej z myślą o kobietach uprawiających sport.

17 kwietnia 2017 siedemdziesięcioletnia Katherine przekroczyła po raz dziewiąty metę Maratonu Bostońskiego. Był to dzień pięćdziesiątej rocznicy jej pierwszego udziału w tym biegu. Miała na sobie ten sam numer startowy, czym doprowadziła do łez biegaczki biorące udział w zawodach. Wiele wśród nich reprezentowało założoną przez Katherine organizację.

Kathrine Switzer twierdzi, że z pewnością dużo zmieniło się na lepsze od jej pamiętnego biegu w 1967 roku, kiedy to organizator maratonu próbował zedrzeć z niej numer startowy i powstrzymać siłą przed ukończeniem zawodów. Ale – jak przyznała w wywiadzie dla CNN – nadal pozostało wiele do zrobienia, by kobiety zajmowały w społeczeństwie miejsce równe z mężczyznami. Jak można się domyślać – nie miała na myśli jedynie sportu.

 

 

2019-06-09